Responsive image

Na granicy światów

Mityczne postaci, oblane południowym słońcem ruiny, prymitywne maski wraz z jej pamiątkowymi zdjęciami z podróży do źródeł zasiedliły płótna Kingi Nowak.

Kształty proste do granic, przekraczają granice.

Za krawędzią rozciąga się przestrzeń tego, co nieznane, wszystko, czego nie dane nam było zobaczyć, wszystko, co kiedyś ponoć widywali przodkowie, ale dzisiaj zapadło już w naszą niepamięć.

Codzienne sprawy, perypetie, bolączki i radości wypełniają życie po widnokrąg, a my z dziwnym upodobaniem upieramy się zaglądać poza jego linię tak, jakby codzienności nam było mało, sięgamy grabieżczo po to, co nieznane.

Szukamy skarbu?

 Dlaczego skarby zawsze znajdują gdzieś tam, a nigdy tu? Dlaczego są schowane, a nie leżą na wierzchu? Czy nie da się dobrać do nich bez tych wszystkich mozolnych wędrówek za siódmą górę, przemierzania labiryntów o tysięcznych, a zwodnych korytarzach, podziemnych wykopalisk w najciemniejszych dziurach? I dokąd my zdążamy? - jak wołał Fryderyk Nietzsche – Precz od wszystkich słońc? A za czym tak kompulsywnie gmerał w niebiosach  ten genialny szaleniec, że mu pacjent umarł pod lancetem?

Taką w mojej głowie postawiłeś biedę,

że wiem co nie jest, a co jest – nie wiem.

Twierdzenie, że pierwszym, czego zachłyśnięty szałem wolnej woli szukam, jest odpowiedź na pytanie, kim jestem. To pytanie zdaje się być uprawnionym, i to bez wielce uczonych wywodzeń.

 

Mityczne postaci, oblane południowym słońcem ruiny, prymitywne maski wraz z jej pamiątkowymi zdjęciami z podróży do źródeł zasiedliły płótna Kingi Nowak. Autorka i tajemniczy przybysze z mrocznych głębin prehistorii nie spotykają się na tych obrazach ani w nurcie codzienności ani w podróży wehikułem Herberta Wellsa.

Jest to spotkanie w mityczno-kanikularnym rytmie pozbawionym wiszącego nad głową batoga niedoczasu i tych codziennych „kiedyś”, „dawno”, „natychmiast”, „za późno”, „już”.

Jest to spotkanie na granicy światów.

Na granicy tych dwóch światów kwitną kwiaty, najpiękniejsze kwiaty wymyślone przez człowieka – jak pisał we Wniebowstąpieniu Tadeusz Konwicki. 

Tak naprawdę, jest to świat od początku do końca wymyślony przez malarkę, rządzący się swymi własnymi, prywatnymi, swawolnymi prawami. Jednym z nich i bodaj najistotniejszym jest to, że w świecie tym nic, co się kiedykolwiek wydarzyło, nie zapada w zapomnienie, nie znika z powierzchni, trwa wystawione na bezlitosne promienie wszechwidzącego słońca. Tutaj niepamięci cud się nie zdarza. Wszystko, co ponoć widywali przodkowie, pozostaje w głowie na równi ze smakiem nieprzełkniętego jeszcze wina. Obrazy takie jak Monument, Kozy, Zanurzenie, Źródło, Instrument zdają się doskonałym antidotum na utyskiwania T. S. Eliota:

W naszej epoce, […] kiedy ludzie skłonni są bardziej niż kiedykolwiek mylić mądrość z wiedzą, a wiedzę z informacją i usiłują rozwiązać problemy życiowe w terminach techniki, rodzi się nowa odmiana prowincjonalizmu, która zapewne prosi się o inną nazwę. Jest to prowincjonalizm nie przestrzeni, ale czasu; dla niego historia to jedynie kronika ludzkich wynalazków, które swoje odsłużyły i zostały wyrzucone na śmietnik; dla niego świat jest wyłącznie własnością żyjących, w której umarli nie mają żadnego udziału. Tego rodzaju prowincjonalizm niesie ze sobą tę groźbę, że my wszyscy, wszystkie ludy planety, możemy stać się prowincjonalni, a ci, którym się to nie podoba, mogą tylko zostać pustelnikami.

Powstałe w ostatnim okresie prace są proste do granic. Pozostały jedynie geometryczne kształty i płaskie kolory – nic ponadto. Żadnej podpowiedzi, żadnej opowiastki, nic, czego mogłoby się uchwycić tonące rozumienie. Kształty i kolory.

Gdy umysł traci oddech, zaczyna słyszeć w biciu dzwonu powtarzane słowa, widzieć w kształtach chmur postaci walczących wojowników i smoków. Przekracza granice. Wtedy widziane kształty i kolory nabierają władzy wydobywania z niego najgłębszych, najskrzętniej pochowanych, poutykanych w zaułkach, pozamiatanych pod dywan, już dawno zapomnianych prawd.

Przemocą wciągnięty pod wodę, precz od wszystkich słońc, straciłem oddech i dotknąłem mitu. Ujrzałem anatomię duszy.

Andrzej Bednarczyk

Martigny, 17 listopada 2018