Responsive image

Alternatywne historie

Ciągnie nas do pytań: „Co by było, gdyby…?” Czemu jednak mają one służyć? Dlaczego roztrząsanie alternatywnych historii jest tak intrygujące?

W dziewiątej księdze Dziejów Rzymu Tytus Liwiusz pyta: co by się stało z Rzymem, gdyby musiał prowadzić wojnę z Aleksandrem Wielkim? Liwiusz zauważa, że o zwycięstwie w wojnie decyduje kilka czynników – liczebność i odwaga wojsk, zdolności dowódców, ale także przychylność Fortuny. Twierdzi dalej, że każdy, kto rozważy te kwestie, przyznać powinien, iż armia rzymska wyszłaby z takiego konfliktu zwycięsko. Zauważmy – pisze Liwiusz – że wielcy generałowie rzymscy, tacy jak Marcus Valerius Corvus, Gaius Sulpicius Gallus, Kwintus Fabiusz Maksimus czy Manlius Curius, byli równie odważni jak Aleksander i wykazywali równe mu zdolności w sztuce wojennej, która wszak praktykowana była w Rzymie od jego początków. Dowódcy ci w niczym nie przypominali króla perskiego Dariusza, „ciągnącego za sobą tabory z kobietami i eunuchami ubranymi w purpurę i złoto”; takiego przeciwnika nietrudno było pokonać. Mierząc się z armią rzymską Aleksander stanąłby przed wielokrotnie trudniejszym wyzwaniem. Co więcej – spekuluje Liwiusz – wielki Macedończyk mógłby zgromadzić armię liczącą co najwyżej trzydzieści tysięcy żołnierzy. Liczebność armii rzymskiej byłaby znacznie większa. Rzymianie mieliby też przewagę w ekwipunku, broni i elastycznej strukturze dowódczej.

Rozważania Liwiusza nie są może szczególnie ciekawe ani przekonujące. Ale sam eksperyment myślowy, rodzaj pytania, które stawia – fascynujący: co by było, gdyby…?

Między faktem a fikcją

Przytoczony fragment Dziejów jest dowodem na to, że tworzenie historii alternatywnych nie jest nowym pomysłem. Przyjmuje się jednak, że ten rodzaj eksperymentu myślowego jako gatunek literacki narodził się wraz z publikacją Uchronii Charlesa Bernarda Renouviera z 1876 r. Tytuł tego dzieła jest neologizmem, nawiązującym do słowa utopia. U-topos to „miejsce, którego nie ma”, zaś u-chronos to czas, którego nie ma (nie było). Akcja Uchronii rozpoczyna się za panowania cezara Marka Aureliusza, który decyduje się wyznaczyć na swego następcę filozofia Avidiusa Cassiusa. Rządy Cassiusa okazują się niezwykle udane, prowadząc do wielkich odkryć naukowych i rewolucji w sztuce, a także powstrzymują rozwój chrześcijaństwa na Wschodzie.

Prawdziwa moda na historie alternatywne pojawiła się jednak prawie sto lat po publikacji Uchronii. W 1962 r. Phillip K. Dick wydał Człowieka z wysokiego zamku, zaś trzydzieści lat później Robert Harris napisał Vaterland. Są to bodaj najsłynniejsze powieści opowiadające alternatywną historię dwudziestego wieku; co ciekawe, w obu założeniem jest zwycięstwo hitlerowskich Niemiec w drugiej wojnie światowej. W jaki sposób konstruuje się takie światy, zawieszone między faktem a fikcją?

Zauważmy, że ta pozornie nieskomplikowana formuła – „między faktem a fikcją” – wcale nie jest taka prosta. Kłopoty zaczynają się już wtedy, gdy zadamy pytanie o to, czym jest fakt historyczny. Nie trzeba długich wywodów filozoficznych, by dostrzec, że z pojęciem „faktu“ związane są rozmaite problemy. Wydarzenia historyczne rekonstruujemy w oparciu o niepełne i często niespójne dane. Juliusz Cezar na pewno podbijał Galię; ale na ile można wierzyć jego wspomnieniom z wojny galijskiej? Co mówią o tej samej wojnie inni jej uczestnicy? Jakie dokumenty zachowały się do dzisiaj, a jakie zaginęły lub zostały zniszczone w toku dziejów?

Na tym jednak problem się nie kończy. Załóżmy, że zgadzamy się co do tego, jakie wydarzenia miały miejsce – ile potyczek i kiedy wojska Cezara toczyły z Gallami, kto w nich zwyciężył, gdzie i jak długo Rzymianie obozowali, jakimi drogami przemieszczali się z jednego obozu do drugiego, jakie plemiona galijskie i kiedy podbili, itd. Nie sprawi to jednak, że będziemy w ten sam sposób rozumieć wojnę galijską. Nawet najbardziej rozbudowany zapis wydarzeń nie jest jeszcze narracją historyczną – potrzeba czegoś więcej niż rejestru nazwisk, dat i miejsc. Chcemy uchwycić przyczyny (społeczne, wojskowe, polityczne i inne) tych wydarzeń, zrozumieć intencje i motywacje osób, które odgrywały w nich kluczowe role, określić krótko- i długofalowe skutki tego, co się wydarzyło.

Ten ciąg pytań napędzany jest przez naszą potrzebę rozumienia, która daleko wykracza poza badania historyczne, stanowiąc jedną z podstawowych sił rządzących ludzkim umysłem. Psychologowie są zgodni, że w swym doświadczeniu poszukujemy spójności, zdarzenia fizyczne łącząc w związki przyczynowe, zaś w interakcjach między ludźmi doszukując się intencjonalności. Chcemy wiedzieć, dlaczego pewna substancja rozpuszcza się w wodzie, a inna nie, ale równie mocno zainteresowani jesteśmy tym, co kierowało X-em, gdy postąpił z Y-kiem w taki, a nie inny sposób. To podobieństwo między rozumieniem faktów fizycznych i społecznych prowadzi do ciekawej obserwacji. W.V.O. Quine w „Dwóch dogmatach empiryzmu“ z 1951 r. sformułował tezę o niedookreśloności teorii: niezależnie od tego, ile faktów udało nam się ustalić, wytłumaczyć je można wieloma konkurencyjnymi teoriami. Podobnie jest w badaniach historycznych: bez względu na to, jak duży jest nasz rejestr faktów historycznych, powiązać można je ze sobą na wiele różnych sposobów. Możemy na przykład zgadzać się co do tego, jakie działania wojenne podjął w Galii Cezar, ale drastycznie różnić się w odniesieniu do motywów, które nim kierowały, albo ocen i działań, które wobec sukcesów Cezara podejmowali jego podwładni, przeciwnicy polityczni w Rzymie i dowódcy oddziałów galijskich.

Można zatem powiedzieć, że do istoty metody historycznej należy praca z alternatywami – rozważanie konkurencyjnych, często wykluczających się wzajemnie interpretacji historycznych zdarzeń. Historycy tworzą różne narracje, by połączyć w spójną całość pewien zbiór faktów; budują więc alternatywne historie, choć oparte na tym samym (lub bardzo podobnym) materiale faktograficznym.

Granice wyobraźni

Całkiem inaczej konstruuje się fikcję, w której wyobraźnia nie ma takich ograniczeń, na jakie zgodzić się musi historyk. Wystarczy przywołać słynne dzieła fantasy i science fiction – na przykład Diunę Franka Herberta, Ubika Phillipa K. Dicka, Lewą rękę ciemności Ursuli Le Guin albo Dhalgren Samuela Delany’ego – by jasno zobaczyć, jak daleko fikcja różnić się może od świata, którego doświadczamy na co dzień. Zauważmy jednak, że różnica ta jest jedynie kwestią stopnia. Wchodząc w świat wykreowany przez Dicka lub Delany’ego, nie porzucamy całkowicie naszych codziennych kategorii pojęciowych, bo jest to zadanie niewykonalne.

Wyobraźnia jest głęboko zakorzeniona w całkiem zwykłych konceptualizacjach świata – to one stanowią inventorium dla konstrukcji najbardziej osobliwych fantazji. Inaczej po prostu nie potrafimy – fikcyjny świat, który ignorowałby zbyt wiele praw fizyki i prawideł psychologicznych byłby dla nas całkowicie niezrozumiały. Znakomicie podsumował to znany amerykański wydawca literatury science fiction, Anthony Boucher, który sformułował następującą zasadę: „Możecie przyjąć tylko jedno podstawowe założenie, z którego ma wszystko wynikać, możecie mieć jednego człowieka, który przenika przez ściany, ale nie wolno już wprowadzać drugiego, który jest niewidzialny”.

By przekonać się, że tak jest w istocie, wystarczy w dowolnym miejscu otworzyć Diunę czy Dhalgren i przeczytać kilka stron. Okaże się, że bohaterowie tych powieści co do zasady podlegają prawom fizyki, a ich emocje i motywacje są uderzająco ludzkie. Alicja spadająca króliczą norą do Krainy Czarów może i dworuje sobie z praw Newtona (konkretnie z prawa powszechnego ciążenia), ale na zemstę sir Izaaka nie trzeba długo czekać – Kraina Czarów z trudem i jedynie na chwilę wyrywa się z żelaznego uścisku praw fizyki.

Podobnie jest z prawidłami psychologii. W Edenie Stanisława Lema załoga statku kosmicznego, który uległ wypadkowi, trafia na planetę zamieszkaną przez Dublety. Świat Dubletów – choć podlega znanym nam prawom fizyki – jest obcy, bo astronautom trudno zrozumieć strukturę społeczną i psychikę Dubletów; nie potrafią też się z nimi skomunikować. Lem w sposób mistrzowski pokazuje, na czym polega interpretacja zdarzeń oparta o nasze schematy pojęciowe. Świat Dubletów jest obcy dlatego, że rozgrywające się w nim wydarzenia nie wpisują się w nasz sposób pojmowania rzeczywistości. Mówiąc inaczej, granice wyobraźni leżą na krańcach znanych nam konceptualizacji świata, a poza nimi znajduje się jedynie obcość i brak rozumienia. Granice te można oczywiście poszerzać, ale zawsze „od wewnątrz“, przesuwając je powoli, mozolnym wysiłkiem. To właśnie czynią Lemowscy astronauci, którzy w końcu odnajdują wspólny język (matematykę) z jednym z Dubletów; ale droga od tych pierwszych udanych prób komunikacji do pełnego zrozumienia jest bardzo daleka, jeśli w ogóle możliwa do przebycia. Zauważmy wreszcie, że Lem nie byłby w stanie opisać planety Eden, gdyby nie umieścił na niej pechowych astronautów. Jak wygląda świat widziany oczami Dubletów? Trudno nawet wyobrazić sobie, jak mielibyśmy zacząć odpowiadać na to pytanie!

Okazuje się zatem, że tworzenie światów fikcyjnych, w tym światów fantastycznych, także można uznać za konstruowanie swoistych alternatywnych historii. Choć nie wychodzimy tu od znanych historycznych faktów, pozostajemy zakorzenieni w ewolucyjnej i kulturowej historii Homo sapiens. Alternatywne historie opowiadane przez pisarzy science fiction i fantasy wykraczają daleko poza rekonstrukcję historycznych zdarzeń, ale nie czynią tego tak radykalnie, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Dźwignie wyobraźni

Historie alternatywne w pełnym sensie tego słowa, takie jak Człowiek z wysokiego zamku albo Vaterland, lokują się gdzieś pomiędzy tradycyjną narracją historyczną a konstruowaniem światów „czysto“ fikcyjnych. Mogą one traktować historyczne fakty z pewną dezynwolturą, ignorując bądź zmieniając niektóre z nich – choć nigdy wszystkie! Z drugiej strony, dobra historia alternatywna nie może generować przesadnego poczucia obcości, musi być nam bliska psychologicznie. Potrafilibyśmy oczywiście wyobrazić sobie taki przebieg drugiej wojny światowej, w którym w roku 1943 w Berlinie lądują kosmici wyposażeni w broń o niespotykanej skuteczności i sile rażenia. Zauroczeni ideologią nazistowską, postanawiają pomóc Hitlerowi i pokonują aliantów w ciągu kilku dni. Taka historia – choć logicznie możliwa – byłaby jednak mało ciekawa, a już na pewno nie dorównywałaby pod tym względem książkom Dicka i Harrisa.

Warto zadać pytanie, dlaczego dobrze skonstruowane historie alternatywne tak nas intrygują. Najprostsza odpowiedź – że stanowią świetną rozrywkę – jest niewątpliwie prawdziwa, ale też płytka. By sięgnąć głębiej, trzeba zastanowić się nad innym problemem: po co człowiekowi wyobraźnia? Ewolucjoniści są zgodni, że umiejętność wyobrażania sobie rozmaitych sytuacji stanowi ważne dostosowanie w historii ewolucyjnej Homo sapiens i gatunków pokrewnych. Możliwość dokonania mentalnej symulacji jakiegoś zdarzenia – na przykład polowania na niebezpieczne zwierzę, albo spotkania z przedstawicielami innego plemienia – to potężne narzędzie detekcji błędów. Wyobrażając sobie, jak przebiegać będzie przyszłe zdarzenie, możemy wyeliminować przynajmniej niektóre pomyłki, które w innym przypadku byśmy popełnili. Ten mechanizm znacząco obniża koszty ponoszone przez organizm – w końcu „taniej” jest zginąć stratowanym przez mamuta w świecie wyobrażonym niż w rzeczywistości.

Narzędzie, jakim jest wyobraźnia, zostało znacząco zmodyfikowane i wielokrotnie wzmocnione dzięki pojawieniu się języka. Korzystając z języka konstruujemy skomplikowane nieraz teorie i wielkie narracje, ale nie dzieje się to nigdy w oderwaniu od mentalnych symulacji; niektórzy twierdzą wręcz, że rozumienie języka wymaga ciągłej pracy mechanizmu neuronalnego tworzącego takie symulacje. Niezależnie od zasadności tej hipotezy, nie ulega wątpliwości, że język pozwala na formułowanie konkurencyjnych teorii, które z kolei stanowią „rusztowanie“ dla wyobrażania sobie alternatywnych światów. Takie teorie są zatem – jak nazywa je Daniel Dennett – „dźwigniami wyobraźni”.

Po co nam jednak alternatywne, fikcyjne światy? Paul Feyerabend nie ma wątpliwości, iż „potrzebujemy świata fikcyjnego w celu odkrycia cech świata realnego, który, jak sądzimy, zamieszkujemy”. Jest to głęboka prawda dotycząca wszystkich dziedzin refleksji. W fizyce czy biologii warto jest konstruować konkurencyjne wyjaśnienia zgromadzonych danych eksperymentalnych, bo dzięki temu zwiększamy szanse na znalezienie tego wyjaśnienia, które okaże się prawdziwe. W prawie nie sposób uciec od rozważania alternatywnych sformułowań przepisów ustawowych, bo tylko w ten sposób możemy dostrzec ograniczenia i niepożądane konsekwencje tego rozwiązania, które uznajemy za najlepsze. Podobnie jest w historii – warto konstruować konkurencyjne interpretacje historycznych faktów, bo dzięki temu zbliżyć się możemy do bardziej obiektywnego ujęcia przeszłych zdarzeń. Konstruowanie alternatywnych historii ma podobną funkcję – choć wiemy, że świat Vaterlandu jest ostatecznie światem fikcyjnym, oprócz przyjemności obcowania z dobrą literaturą daje nam coś jeszcze – lepsze rozumienie tego świata, w którym przyszło nam żyć; świata, w którym to alianci wygrali drugą wojnę światową, uniemożliwiając, przynajmniej w pewnym stopniu, rozprzestrzenianie się ideologii totalitarnej. W ten sposób możemy dostrzec wyraźnie to, co w codziennym życiu spychane jest do słabo uświadomionego tła naszych rozważań i działań – a zatem to, co pochopnie uznajemy za coś „naturalnego” lub „oczywistego”, mimo że często jest tylko efektem historycznych przypadków i splotów okoliczności.

Bartosz Brożek, Bartłomiej Kucharzyk